piątek, 11 maja 2018

16. so cold

Powinnam wiedzieć lepiej
Teraz to boli jeszcze bardziej
Sprawiłeś, że moje serce krwawiło
Wciąż jesteś winien mi wyjaśnienie
🎵muzyka🎵


Poronienie wywróciło cały mój świat do góry nogami, z oczywistych względów był to przede wszystkim mój mały, prywatny świat, ale odbiło się to też na moim otoczeniu. Po pierwsze, zaczęłam planować zmianę szkoły – do mojego elitarnego liceum już nie wróciłam. Jeszcze w trakcie mojego pobytu w klinice mama poszła tam, by porozmawiać z panią Woleński. Według niej nauczyciele nie mieli nic przeciwko mojej nieobecności do końca roku – i tak wystawili mi już wszystkie oceny, ktoś jedynie musiał potem jedynie odebrać moje świadectwo. Kiedy później przyszła mnie odwiedzić, stanowczo oznajmiłam, że nie pójdę tam już nigdy.
– Ale dlaczego? – zdziwiła się mama. – Przecież całkiem dobrze sobie tam radziłaś. Cztery trzydzieści pięć to właściwie nie jest zła średnia, zwłaszcza... w tej sytuacji, której byłaś. Nie powinnaś marnować takiej szansy.
– Ty naprawdę myślisz, że to chodzi o naukę? – wydusiłam. – Mamo, przez ostatnich kilka tygodni klasa wyzywała mnie od dziwek, bo myśleli, że wpadłam z pierwszym lepszym, kiedy wcale tak nie było. Myślisz, że będę mogła jeszcze na nich patrzeć? W dodatku po tym, jak wrócę bez brzucha i... bez dziecka? Będą o to pytać, a ja nie chcę odpowiadać.
Na dłuższą chwilę zamknęłam jej tym usta. Dopiero po kilku minutach szepnęła:
– Przepraszam, córeczko. Oczywiście przeniesiemy cię do innej szkoły.
– Mhm.
– Skoro myślałaś już o przeniesieniu, może wiesz, gdzie chcesz pójść?
– Chcę chodzić do szkoły z Dagmarą.
Dowiedziałam się wcześniej od Maksa, że według mamy to przyjaciółka miała na mnie zły wpływ, co może i było na swój sposób prawdą, ale nie było źródłem wszystkich moich problemów. Wiedziałam, że przez posiadanie właśnie takiej opinii musi być to dla niej trudne, mimo to już wtedy wstępnie wyraziła zgodę na naszą wspólną naukę.
Drugą poważną zmianą był przyspieszony powrót rodziców do domu – mama zrezygnowała z pracy w Opolu w dniu, w którym Maks wyjaśnił jej całą sprawę, i przyjechała natychmiast do domu, tata dołączył do nas tydzień później. Musieli dopiero znaleźć stałą pracę na miejscu, ale nie mieli zamiaru ruszać się więcej z miasta. Prawdopodobnie – poza doszukiwaniem się w tym roboty mojej przyjaciółki – obwiniali swoją nieobecność w moim życiu za to, że zaczęłam sprawiać kłopoty, opuściłam się w nauce i zaszłam w nieplanowaną ciążę.
Paradoksalnie w najpierwszych dniach po wywołaniu porodu czułam się najlepiej, jeśli chodzi o stan psychiczny, tak jakbym nie dopuszczała do siebie myśli o poronieniu, chociaż fizycznie nie potrafiłam przyzwyczaić się jeszcze do tego, że straciłam dziecko, że nie porusza się już we mnie. Mimo to już wtedy zawsze ktoś przy mnie był – po czasie zrozumiałam, że wszyscy bali się, że w rozpaczy mogłabym zrobić sobie krzywdę.
Któregoś dnia pod nieobecność rodziców pilnował mnie mój brat. Wtedy miałam okazję poważnie z nim porozmawiać na tematy, które nie bardzo mogłam poruszać przy innych członkach rodziny.
– Co tak właściwie wiedzą o tym wszystkim rodzice? – zapytałam.
– Wiedzą, że od września chodziłaś na korki z historii i byłaś w związku ze swoim korepetytorem, z którym spędzałaś dużo wolnego czasu – odparł.
– Powiedziałeś im, kim on dokładnie jest, ile ma lat?
– Nie. W sumie nawet o tym nie rozmawialiśmy. Pewnie myślą, że to ktoś niewiele starszy od ciebie, jakiś student czy coś.
– To dobrze. Gdyby się dowiedzieli...
– ...to zabiliby ciebie. Albo jego. Albo oboje. I mnie na dokładkę, bo wiedziałem i nie powiedziałem – przerwał mi. – Wiem. Dlatego o nim nie wygadałem wszystkiego. Skupiłem się na tobie.
– Dzięki... ale tak właściwie... dlaczego to robisz? Pewnie myślisz, że mnie skrzywdził i...
– Wiesz, Zuza... – ponownie wtrącił się w to, co mówiłam. – Przyznaję, że kiedy zaczęłaś się z nim spotykać, myślałem, że on cię zrani, że cię wykorzysta i zostawi. Potem się przekonałem, że wcale nie, że on cię kocha. Może powinien pomyśleć jeszcze kilka razy, zanim poszedł z tobą do łóżka, ale wiem, że zrobiliście to z miłości. To poronienie to nie jest kogokolwiek wina, ani twoja, ani jego, po prostu czasem tak się dzieje. Obiecałem ci kiedyś, że będę cię krył przed rodzicami i chcę dotrzymać tej obietnicy na tyle, na ile mogę.
Może nie bezpośrednio, ale właśnie ta rozmowa mnie złamała. To po niej zdałam sobie sprawę, co jeszcze było nie tak przez ostatnich kilka dni – i w czym mój brat nie miał racji.
Henryk zostawił mnie. Po cichu, bez słowa wyjaśnienia, zniknął z mojego życia.
Nie dzwonił, nie pisał. Kiedy ja dzwoniłam, nie odbierał. Na wiadomości nie odpowiadał. Gdy raz wyrwałam się z domu pod pretekstem spotkania z Dagmarą i zamiast udać się prosto do niej poszłam najpierw do jego mieszkania, nie zastałam go. Możliwe, że był w tym czasie w domu, ale – wiedząc, że to właśnie ja najpierw długo pukałam, a potem czekałam na klatce schodowej – przez całe półtorej godziny nie otworzył drzwi.
Tamtego dnia po raz pierwszy przed snem bez końca płakałam w poduszkę. Brakowało mi łez, brakowało mi tchu. Chciałabym płakać dlatego, że nie miałam pojęcia, czemu Henryk opuścił mnie i to w takim momencie – może i nie wiedziałam na pewno, ale domyślałam się. Odszedł, bo nie byłam mu już potrzebna. Mógł przez seks ze mną zaspokoić swoje popędy, później dałam mu nadzieję na spełnienie marzeń o posiadaniu dziecka, a kiedy ta nadzieja odeszła, stwierdził zapewne, że nie ma już po co marnować na mnie swojego czasu.


Mimo tej pewności w mojej głowie kłębiły się pytania, mnóstwo pytań. Skoro mnie zostawił, dlaczego wcześniej tak długo mnie zwodził? Dlaczego tyle razy zapewniał, że mnie kochał, skoro nie potrafił okazać swojej miłości w momencie, w którym potrzebowałam jej najbardziej? Czy kiedykolwiek w ogóle był wobec mnie szczery? Może nawet przez moment mnie nie kochał, może jego serce nigdy nie biło tylko dla mnie? Czy okłamywał również swojego znajomego, z którym rozmowę podsłuchałam? Tylko dlaczego miałby kłamać, gdy nie wiedział, że jestem obok? A może dopiero coś, co zdarzyło się później, sprawiło, że... przestał mnie kochać?
* * *
Obudziło mnie pukanie do drzwi mojego pokoju. Nie zareagowałam, otuliłam się tylko mocniej kołdrą. Drzwi uchyliły się i do środka weszła Dagmara.
– Cześć – przywitała się ze mną.
Nie odpowiedziałam. Chciałam, żeby sobie poszła, zanim jeszcze dobrze przyszła. Pojawiała się w moim pokoju na kilka godzin dziennie codziennie od jakichś dwóch tygodni, podejrzewałam, że robi to na prośbę rodziców, którzy byli przewrażliwieni na punkcie moim i mojego bezpieczeństwa już od dłuższego czasu.
– Kiedy ostatni raz wychodziłaś z domu? – zapytała, uchylając przy tym okno.
– Czy ja wiem? – odpowiedziałam cicho.
– A z pokoju w ogóle wychodzisz?
– Czasami. Na siku.
– Zgnijesz niedługo w tym łóżku.
– I dobrze.
Z westchnieniem usiadła na krześle ustawionym przy biurku. Ucieszyłam się trochę, bo poprzednie wizyty czegoś ją nauczyły – nie uniosła rolet ani nie próbowała ściągnąć ze mnie kołdry, za co kiedyś na nią nakrzyczałam. Milczała, ja też. W końcu nie wytrzymałam tej ciszy i odezwałam się:
– Dlaczego to robisz?
– Co takiego?
– Przychodzisz tu codziennie i siedzisz tutaj. Nie masz nic lepszego do roboty?
– Z rozrywkowego punktu widzenia – oczywiście, z moralnego – nie. Jestem twoją przyjaciółką, muszę cię wspierać.
– Bo ci moja matka pewnie kazała.
– Nie kazała. Faktycznie, rozmawiałam z nią parę razy o tobie, ale przychodzę sama z siebie.
Wiedziałam, że jesteśmy z Dagmarą przyjaciółkami i wierzyłam, że będzie mi pomagać w każdej sytuacji, tak jak ja byłam gotowa pomóc jej. Mimo to jej słowa zaskoczyły mnie na tyle, że usiadłam prosto na łóżku.
– Sama z siebie chcesz patrzeć na to, jak twoja przyjaciółka wariatka gnije w łóżku?
– Nie. Sama z siebie chcę wspierać moją przyjaciółkę z depresją, która gnije w łóżku. Poza tym wydaje mi się, że jestem ci to winna.
– Nie mam depresji – zaprzeczyłam odruchowo, ignorując chwilowo drugą część jej wyznania.
– Na pewno nie zdiagnozowaną, ale czytałam trochę o tym – wyjaśniła. – Straciłaś dziecko, ukochany cię opuścił... Masz odpowiednie powody do popadnięcia w depresję i parę mocnych, moim zdaniem, objawów.
Nie myślałam o tym wcześniej za dużo, ale Daga mogła mieć rację. W poprzednich dniach na pewno zmieniło się moje – jakbym to nazwała – podejście do świata i kto wie, czy nie stało się to czymś poważniejszym. Nie miałam jednak większej ochoty na zastanawianie się nad moją ewentualną depresją, dlatego nie drążyłam tematu. Zapytałam za to:
– Okej... ale dlaczego niby jesteś mi winna siedzenie tutaj?
– Pamiętasz tego faceta, który mnie prześladował? I to, jak potem poszłaś ze mną na policję, żeby to zgłosić? – W odpowiedzi skinęłam tylko głową. – Bardzo mi tamtego dnia pomogłaś, a im więcej czasu mija, tym bardziej to doceniam. Nie wiem, czy mogę teraz pomóc ci tak, jak ty pomogłaś mi wtedy, zresztą nasze sprawy są i zawsze były całkowicie inne, więc chyba nigdy nie będziemy mogły tego dobrze ocenić, ale chcę cię wspierać w trudnych chwilach, tak jak ty mnie w tamtej.
Po tych słowach poczułam się... dziwnie. Nigdy nie chciałam, żeby Dagmara czuła, że jest mi coś winna, chociaż doceniałam fakt, że chce mi pomóc. Nigdy też nie pomyślałabym, że to, że byłam z nią na policji, było dla niej aż tak ważne.
– Wiesz może, co tak właściwie dzieje się teraz z tym facetem? – zapytałam, żeby podtrzymać rozmowę, ale nie musieć skupiać się na sobie. – Byłaś pytać o to na policji czy coś?
Pokiwała głową w odpowiedzi.
– Rozmawiałam z tą policjantką, która nas wtedy przesłuchiwała. Podobno to nie był pierwszy raz, kiedy kogoś prześladował. Dostał jakiś tam wyrok.
– A wiesz może, dlaczego był wtedy przed posterunkiem? Pamiętam, że się dziwiłyśmy, a może coś potem zeznał.
– Ponoć chciał donieść na swojego znajomego, z którym robił jakieś szemrane interesy i który go wykiwał, a jak mnie zobaczył i zrozumiał, że go obciążyłam, to puściły mu nerwy. Ale nie mówmy już o tym.
– Jasne. Ważne, że wszystko się wyjaśniło. Daga...
– Tak?
– Przeszkadza ci to, że jakieś dwa dni nie chciało mi się brać prysznica?
Wzruszyła ramionami.
– Czy ja wiem? Chyba nie. Ale skąd to pytanie?
– Bo chciałabym cię przytulić, ale nie wiem, czy cię nie obrzydzam.
Ze śmiechem usiadła obok mnie i przytuliła mnie mocno. Siedziałyśmy tak obok siebie w ciszy aż do chwili, w której Dagmara musiała już iść do domu. Po kilku godzinach bez snu – zazwyczaj również w jej obecności drzemałam – byłam tak wycieńczona, że zasnęłam praktycznie od razu. Ocknęłam się kolejnych kilka godzin później. Okno nadal było uchylone; fragment nieba, który widziałam z łóżka, był całkowicie czarny, a więc zrobiło się późno. Potwierdziła to cisza panująca w domu – kiedy budziłam się w ciągu dnia albo wczesnym wieczorem, zawsze słyszałam mamę krzątającą się w kuchni albo Maksa gawędzącego z Tatianą, która akurat go odwiedzała. Sięgnęłam po leżący na szafce nocnej telefon. Sprawdziłam godzinę – dochodziła pierwsza w nocy. Kiedy odkładałam komórkę, przypadkowo strąciłam z szafki jakąś kartkę. Po zapaleniu światła sięgnęłam po nią. Nie była to kartka, a koperta z napisem „Otwórz, kiedy będziesz smutna”. Przypomniała mi o prezencie bożonarodzeniowym otrzymanym od brata, czyli pudełku z wieloma podobnymi kopertami, nie pamiętałam jednak, żebym którąkolwiek z nich wyjmowała, zwłaszcza w ostatnim czasie. Domyśliłam się, że Maks odkrył, gdzie schowałam pudełko i właśnie tak chciał zasugerować, że otwarcie którejś z kopert mogło być mi potrzebne. Gdy już ją otwarłam, na kołdrę wypadła czekoladka oraz kartka papieru. Zaczęłam od przeczytania tego, co było napisane na kartce.
Kochana siostro!
Chociaż nie wiem, dlaczego i jak bardzo, to wiem, że jeżeli czytasz to teraz, to znaczy, że jesteś smutna. Wiem też, jak wyniszczającym uczuciem może być to, co nazywamy smutkiem. Może tym razem to coś więcej niż zwykły smutek.
Chciałbym mieć dla Ciebie jakąś złotą radę, coś, co na pewno sprawi, że już za chwilę wstaniesz i zaczniesz skakać ze szczęścia, choćby się waliło i paliło. Niestety nie mam jej. Możliwe, że rozwiązanie przyjdzie samo za jakiś czas, może z kimś porozmawiasz o tym, co czujesz, może po prostu będziesz musiała przeczekać to uczucie. Nie wiem, ale obiecuję, że to minie. A jeśli nie minie, możesz przyjść i mi się pożalić. Wiesz, że jestem po to, żeby Cię wspierać, prawda?
Jeżeli akurat nie masz ani mnie, ani nikogo innego do porozmawiania pod ręką, oferuję Ci czekoladkę. To taka, jak lubisz. Pamiętaj, czekolada nie pyta, czekolada rozumie.
Głowa do góry! Maksio
Jedząc czekoladkę, zastanawiałam się, jakim cudem jeszcze przed świętami wiedział, jak będę czuła się kilka miesięcy później. Jego list był w miarę uniwersalny, ale trafiał w samo sedno. Ostatnią myślą, jaką zapamiętałam sprzed momentu zaśnięcia, była myśl, która od jakiegoś czasu często do mnie powracała – miałam cudownego brata.
Chociaż usilnie starałam skupiać się raczej na tym, jakie wsparcie otrzymywałam od najbliższych, niż na moich problemach, również w kolejnych dniach niemalże każdą chwilę, której nie spędzałam na spaniu oraz rozmowach z Dagmarą lub Maksem, wypełniały mi myśli o Henryku. Pragnęłam zapomnieć o nim i o tym, że odszedł, bo skoro odszedł, to znaczy, że najwyraźniej miało już go nie być więcej w moim życiu. Jednocześnie... nie potrafiłam zapomnieć. Nie mogłam też przestać się obwiniać. Gdybym lepiej zadbała o siebie w czasie ciąży, spróbowała unikać stresów, może nie poroniłabym i nie straciła dziecka. Na pewno byłoby mi ciężko powiedzieć rodzicom o ciąży i o tym, z kim byłam związana, bo wtedy nie mogłabym tego uniknąć, ale może wtedy przynajmniej zatrzymałabym Henryka przy sobie?
Wiedząc już, że mogę na nim polegać, wyżaliłam się z moich myśli bratu, gdy przydarzyła się ku temu okazja.
– Czyli to to tak cię dobija... – stwierdził.
– A co innego?
– Szczerze mówiąc, sądziłem, że raczej sama utrata dziecka.
– To też, ale...
– Ale nie możesz przestać o nim myśleć.
Skinęłam głową.
– Sądziłam, że on będzie ze mną na dobre i na złe, a nie tylko na dobre. Dopóki najpierw mógł ze mną sypiać, a potem miałam urodzić mu dziecko, wszystko było w porządku. Dlaczego nie jest teraz, kiedy to dziecko straciłam? Nie myślałam, że... że to będzie dla niego problem.
Zaczęłam płakać. Zamiast odpowiedzieć, Maks przytulił mnie. Kołysał mnie w swoich ramionach tak długo, aż nie uspokoiłam się i znowu nie poczułam się senna.
– Wszystko będzie dobrze, obiecuję – szepnął, kiedy już zasypiałam.
Wiedziałam, że mówił to bez złych intencji, ale nie potrafiłam mu uwierzyć, nie wtedy, kiedy bardziej niż kiedykolwiek wydawało mi się, że nic już nie miało być dobrze.


* * *
Dobijcie mnie, zanim zrobi to uczelnia, plis. Minęły dopiero dwa dni zajęć po majówce (planuję tę notkę we wtorek, bo reszta tygodnia zapowiada się zarobiona i to ostatni dzwonek na zrobienie korekty), a ja już nie mam siły. A może to tylko ta pogoda?
Nie mam pojęcia, co mam tu jeszcze napisać – po szesnastu rozdziałach wyczerpała mi się już wena – więc tylko pozdrawiam czytających (tradycyjnie). A, no i mam nadzieję, że nie smucę za bardzo i w komentarzach, i w opowiadaniu, chociaż w tym drugim jest to chwilowo potrzebne.
Netka Sidereum Graphics