piątek, 23 listopada 2018

28. the end

© Netka/SG
Złożyłam przysięgę i wytrwam w niej do końca
Teraz, gdy pada bardziej niż kiedykolwiek
Wiedz, że nadal będziemy mieli siebie
Możesz stanąć pod moim parasolem


Stałam przed lustrem, starając się wygładzić zmarszczki na sięgającej za kolana sukience z kwiatowym wzorem, którą kilka chwil wcześniej ubrałam. Kiedy w końcu dotarło do mnie, że nie uda mi się lepiej ułożyć materiału, westchnęłam z bezradnością. Odwróciłam się i sięgnęłam po leżący na szafce naszyjnik.
– Pomóc ci go zapiąć? – zapytała mama, podchodząc bliżej.
– Tak. Dzięki.
Z wisiorkiem mój strój stał się kompletny. Chociaż byłam wyraźnie uroczyście ubrana, ktoś, kto nie znał mojej sytuacji, raczej nie domyśliłby się, że był to strój na ślub.
Mój własny ślub.
– Pięknie wyglądasz, wiesz?
– Naprawdę tak uważasz?
– Naprawdę – zapewniła mnie mama. – Zawsze byłaś moją piękną córeczką. Tylko coś szybko mi dorosłaś. W dodatku mam wrażenie, że dużo mnie ominęło.
– Możecie przełożyć te pogaduszki na później? – wtrącił się tata. – Jeszcze trochę i się spóźnimy.
Kiedy kwadrans później dotarliśmy pod urząd stanu cywilnego, Henryk wraz z siostrą i jej mężem oraz Krzysztofem Lewandowskim, którego wybrał sobie na świadka, już czekali. Na miejscu byli także Maks, mój świadek, wraz z Tatianą, u której spędził poprzednią noc i poranek, by nie przeszkadzać mi i rodzicom w przygotowaniach. A więc zebrali się już wszyscy – nie było nas wiele, ale od początku planowaliśmy ceremonię jedynie dla najbliższych osób. Na szczęście nie widzieliśmy się w takim składzie pierwszy raz, więc nie czułam się przesadnie nieswojo, kiedy wszyscy zaczęli się ze sobą witać i rozmawiać. Nie zmieniło to jednak faktu, że byłam zestresowana do granic możliwości. Henryk musiał dostrzec moje nerwy, bo podszedł do mnie i zagadnął:
– I jak samopoczucie?
– Nawet mi nie mów... – odparłam. – Nie spałam pół nocy, a teraz mam wrażenie, że zaraz zemdleję.
– Spokojnie – powiedział, przyciągając mnie do siebie. – Ślub to tylko kilka chwil. Będzie dobrze.
– Mam nadzieję...
Gdy stanęliśmy przed urzędnikiem, trzęsły mi się ręce, a szybko bijące serce sprawiało, że odczuwałam ból w klatce piersiowej. Paradoksalnie odrobinę spokoju przyniósł mi kulminacyjny moment, w którym Henryk zaczął wypowiadać słowa przysięgi:
– Świadomy praw i obowiązków wynikających z założenia rodziny, uroczyście oświadczam, że wstępuję w związek małżeński z Zuzanną i przyrzekam, że uczynię wszystko, aby nasze małżeństwo było zgodne, szczęśliwe i trwałe.
Po nim przyszła pora na mnie. Drżącym głosem odpowiedziałam:
– Świadoma praw i obowiązków wynikających z założenia rodziny, uroczyście oświadczam, że wstępuję w związek małżeński z Henrykiem i przyrzekam, że uczynię wszystko, aby nasze małżeństwo było zgodne, szczęśliwe i trwałe.
Nałożyliśmy sobie obrączki i dopełniliśmy formalności. Gotowe. Byliśmy małżeństwem. Ciągle to do mnie nie docierało, zgadywałam, że gdy spędzimy razem kilka dni, zrozumiem, co właśnie się stało, chociaż po wyjściu z budynku zaczęłam czuć coś w rodzaju ulgi.
– I jak? Zadowolona? – zapytał mnie brat.
– Bardzo – powiedziałam z uśmiechem. – Maks?
– Tak?
– Pamiętasz Boże Narodzenie dwa lata temu? To obchodzone bez rodziców?
– Pamiętam, nawet bardzo dobrze.
– Chciałam ci tylko powiedzieć, że jestem ci bardzo wdzięczna za to, że kazałeś mi wtedy pomyśleć życzenie przy pierwszej gwiazdce. Pomyślałam wtedy, że chciałabym mieć pewność, że zawsze będę z Henrykiem i nie będę musiała się z tym ukrywać. Teraz mogę powiedzieć, że jakieś moje życzenie się spełniło. Dziękuję.
– Nie ma sprawy, siostra – odpowiedział i przytulił mnie krótko.
Wszyscy obecni rozmawiali ze sobą przyjaźnie. Tatiana wpadła na pomysł, by zrobić mi i Henrykowi zdjęcie ślubne, które obiecała mi później przesłać. Minęło kilkanaście minut. W końcu pożegnaliśmy się ze wszystkimi. Nasi najbliżsi rozeszli się w swoje strony, zostaliśmy z moim mężem sami. Poranek był słoneczny, jednak w międzyczasie na niebie zebrało się trochę chmur, a teraz zaczęło mżyć, dlatego Henryk rozłożył parasol i przytrzymał go nad naszymi głowami. Objęłam jego ramię, by znaleźć się bliżej niego. Skierowaliśmy się w stronę wcześniej jego, a teraz naszego wspólnego, mieszkania.
– Następnym razem sprawdzę prognozę i wezmę swój parasol, będzie nam wygodniej – odezwałam się. – Dzisiaj też mogłam wziąć.
– Nie żartuj sobie – odparł. – Od tego jestem, żeby cię chronić, również od deszczu. Pod moim parasolem zawsze znajdzie się dla ciebie miejsce.
Tak jak czasem się zdarza, jego słowa mnie speszyły i nie wiedziałam, jak zareagować. Uśmiechnęłam się tylko w odpowiedzi.
– Jak się czujesz jako moja żona? – zagadnął po krótkim milczeniu.
– Sama nie wiem. Bardzo krótko jesteśmy małżeństwem – stwierdziłam – ale wydaje mi się, że dobrze. W końcu nie będziemy musieli się ukrywać.
– Tak, to faktycznie wygodne – zaśmiał się.
– A ty? – zapytałam. – Jak się czujesz jako mój mąż?
– Wspaniale – przyznał – chociaż nadal nie mogę uwierzyć, że w ogóle przyjęłaś oświadczyny.
– Nie mogłabym ci odmówić. Czekałeś na mnie, a ja cały czas cię kochałam. Wydaje mi się, że taka decyzja była oczywista. Zresztą, sam wiesz, że nawet nie musiałam długo się zastanawiać.
– Rzeczywiście, odpowiedziałaś od razu. Właściwie to sądziłem wtedy, że mimo wszystko będziesz potrzebowała czasu na zastanowienie.
– A widzisz. Czasem jestem nieprzewidywalna.
Nachylił się i bez oporów pocałował mnie, chociaż – pomimo deszczu – dookoła spacerowało sporo ludzi. Po chwili ruszyliśmy w dalszą drogę, uśmiechając się tylko do siebie. Zatrzymaliśmy się jeszcze raz, kiedy w pewnym momencie po drugiej stronie ulicy dostrzegłam Aleksandra, mojego byłego chłopaka i znajomego z klasy. Odwrócił nagle głowę, przez co wiedziałam, że mnie obserwował. Poprosiłam Henryka, by zaczekał, po czym przebiegłam przez jezdnię.
– Cześć – witam się z Olkiem. – Jak leci?
– Hej. Dobrze, chociaż wydaje mi się, że nie jestem aż tak szczęśliwy jak ty, przynajmniej w miłości.
– Dlaczego? Co z Iwoną?
– Rozeszliśmy się jakiś czas temu. Jednak miałem rację, nie dając jej wcześniej szansy. W sumie nie ma co opowiadać. W twoim związku za to doskonale się układa. Widziałem przed chwilą, jak się całujecie.
– Tak, faktycznie układa się doskonale. – Uniosłam dłoń z obrączką. – Wzięliśmy dzisiaj ślub, także...
– Gratuluję – powiedział, nie dając mi skończyć. – A teraz wybacz, ale trochę się spieszę. Powodzenia na nowej drodze życia.
– Dziękuję – odpowiedziałam, choć nie wiedziałam, czy mnie usłyszał, jako że zdążył już się oddalić.
Trochę zmartwiły mnie słowa Aleksandra i to, jak zareagował na rozmowę ze mną. W głębi serca wiedziałam, że jego złe samopoczucie to moja wina – on kiedyś mnie kochał, a może nawet nigdy nie przestał, a ja go najpierw zwodziłam, a potem odrzuciłam i jeszcze namówiłam na związek z dziewczyną, która – choć z innych względów niż ja – najwyraźniej nie była dla niego odpowiednia..
– Nie przejmuj się – odezwał się Henryk, podchodząc do mnie. – On da sobie radę. Ma czas, żeby odnaleźć szczęście.
– Wiem, tylko źle mi z tym, że to trochę przeze mnie jest teraz nieszczęśliwy.
– Spokojnie. Ja też kiedyś byłem nieszczęśliwy i myślałem, że to się nie zmieni. A potem spotkałem ciebie. Zawsze może być lepiej. Ale nie mówmy już o tym. Chodź, to nasz dzień, spędźmy go, nie myśląc o innych.
Zawsze może być lepiej. To zabawne, że powiedział to, nie wiedząc jeszcze o tym, co chciałam mu przekazać po dotarciu do domu, o czymś, co faktycznie mogło sprawić, że będzie jeszcze lepiej. Sama wiedziałam już od jakiegoś czasu, ale postanowiłam poczekać z przekazaniem mu nowiny – wiedziałam, że mimo wszystko denerwował się ślubem i nie chciałam dokładać mu zmartwień.
Kiedy weszliśmy do mieszkania, musiałam uważać, by nie potknąć się o swoje rzeczy. Nadal zajmowaliśmy kawalerkę Henryka, do której zdążyłam już jednak znieść sporą część swoich ubrań, książek i innych szpargałów, przez co było w niej o wiele mniej przestrzeni.
– Posłuchaj... – zaczęłam, podchodząc do torby pozostawionej przy łóżku i wyjmując z niej brązową kopertę. – Wiem, że mieliśmy nie dawać sobie prezentów z okazji ślubu i rodzinę prosiliśmy o to samo, ale jest coś, co właściwie moglibyśmy uznać za jeden, a muszę ci o tym powiedzieć.
Uśmiechnął się delikatnie na widok koperty. Czułam, że domyślał się, o co chodziło, w końcu widział już kiedyś podobną, jednak nic nie mówił, dopóki jej nie otworzył. Dostrzegłam łzy nabiegające do jego oczu, kiedy patrzy na zdjęcie USG.
– Jak to jest, że za każdym razem, kiedy się kochamy, ty od razu zachodzisz w ciążę? – zapytał. – Nie musieliśmy się nawet specjalnie starać.
Wzruszyłam ramionami.
– Najwyraźniej jest nam to pisane – odpowiedziałam. – Należy ci się za lata starań.
– Nie boisz się po tym, co wydarzyło się ostatnim razem?
– Szczerze mówiąc, boję się przez to jeszcze bardziej niż za pierwszym razem. Ale też jestem o wiele szczęśliwsza.
– A co z twoimi studiami? Tak bardzo chciałaś się dalej uczyć.
– W całym tym zamieszaniu ominęłam pierwszą turę rekrutacji na uniwersytecie. Może w drugiej się na coś zarejestruję. Później zastanowię się nad jakąś dobrą opcją, wspólnie się zastanowimy.
Bez słowa podszedł do mnie i przytulił mocno. Naprawdę bałam się o moją oraz naszą przyszłość, a przynajmniej o niektóre jej aspekty, jednak w jego objęciach czułam się silniejsza i wiedziałam, że jeżeli napotkamy jakiekolwiek przeszkody, to pokonamy je – wspólnie, idąc pod jednym parasolem.


* * *
Kiedy piszę te słowa, jest wtorek wieczór. W słuchawkach mam zapętlony cover Umbrelli. Sprawdziłam, czy w tekście nie ma błędów, dopisałam kilka zdań. Dzisiaj jest ostatnia okazja, żebym zrobiła to, nie będąc zmęczoną po zajęciach na uczelni i nie mając z tyłu głowy myśli, że robię to na ostatnią chwilę.
66 tygodni temu, kiedy zaczynałam tu publikować, jedna rzecz była taka sama: wtedy też w uszach grała mi ta piosenka, którą podlinkowałam na początku, ten sam cover. Pamiętam, jak niewielu rzeczy byłam pewna w sprawie tego opowiadania. Pisałam bez planu i nie miałam pojęcia, co wydarzy się między pierwszym a ostatnim rozdziałem, ba, ja nawet nie wiedziałam, czy kiedyś napiszę ostatni rozdział! Byłam tylko pewna, że główni bohaterowie będą dla siebie przez moment uczennicą i nauczycielem (koniecznie historii!) i że jeżeli dotrę do końca, to końcem będzie właśnie ślub. Chociaż wiem, że jest wiele pomysłów, które miałam w międzyczasie, a których ostatecznie nie uwzględniłam, cieszę się, że tyle udało mi się spełnić.
To dla mnie takie dziwne, dotrzeć do końca z opowiadaniem. W blogowej karierze to mój drugi raz, pierwszy po niemalże czteroletniej przerwie. Jakoś tak wyszło, że w międzyczasie nawet jeśli miałam pomysły, to motywacji do pisania zaczynało, prędzej lub później, brakować. Przyznaję, że również tutaj miałam swoje wzloty i upadki, ale w pewnym momencie tak zaczęło mi zależeć, żeby to opowiadanie dokończyć, że... no właśnie, dokończyłam je.
Teraz chyba wypadałoby, bym podziękowała, a więc: dziękuję. Dziękuję tym, którzy komentowali i którzy tylko czytali. Chociaż zawsze staram się pisać przede wszystkim dla siebie, bez czytelników to nie byłoby to samo. Nie byłoby to też to samo bez ludzi, którzy podsuwali mi pomysły, gdy najbardziej ich potrzebowałam; jak to bywa ze znanymi ludźmi, bo o takich tu mówimy, nie wiedzą nawet o tym blogu, co nie zmienia faktu, że jestem im wdzięczna za inspirację.
Dobra, bo zaraz to moje paplanie stanie się dłuższe niż sam rozdział. Na szczęście (albo nieszczęście? ;)) nie odchodzę na zawsze – jeśli ktoś jest zainteresowany czymś więcej z mojej strony niż tylko tym tworem, znaleźć mnie może na Facebooku oraz na innych blogach.
Kończ waść, wstydu oszczędź!, że tak zacytuję – a więc kończę. Cześć!

To pierwszy gif, jaki zapisałam w moim magicznym folderze, gdy szukałam obrazków do przyozdobienia tego opowiadania. Pomyślałam, że pasuje do atmosfery końca, więc wstawiam.
Teraz można płakać.
Netka Sidereum Graphics