piątek, 3 sierpnia 2018

20. to try or not to try

Od czasu spotkania z Henrykiem widziałam świat w jaśniejszych barwach. W pewnym stopniu nadal miałam mu za złe, że nie porozmawiał ze mną poważnie od razu, zaraz po moim poronieniu, jednak wiedziałam już, że nie miał złych intencji, dlatego kiedy mijałam go na szkolnym korytarzu lub uczestniczyłam w jego lekcjach, nie czułam więcej wściekłości czy żalu tak obezwładniających jak wcześniej. Było mi o wiele łatwiej wstawać rano i wychodzić do szkoły; świadomość, że go tam spotkam, wywoływała we mnie zupełnie inne uczucia niż w poprzednich tygodniach, nie przytłaczała mnie, przeciwnie – krótki uśmiech wymieniony z nim przed lekcjami potrafił sprawić, że na koniec dnia czułam się dobrze, nieważne, co wydarzyło się po drodze.
Oprócz tego niedługo po naszej rozmowie odnowił się nasz pozaszkolny kontakt, przede wszystkim poprzez esemesy, które Henryk bez oporów mi wysyłał, a których nie chciałam zostawiać bez odpowiedzi. Początkowo wydawało mi się to dziwne po tygodniach bez prywatnych rozmów, bałam się też, że ktoś niepożądany odkryje całą sprawę i w szkole wybuchnie afera, jednak mimo wszystko wygrywało we mnie zadowolenie, że znowu jestem w centrum jego uwagi.
W czasie wakacji zdążyłam już doświadczyć tęsknoty za ukochanym. Ponownie zaczęła doskwierać mi podczas przerwy bożonarodzeniowej, kiedy w ogóle go nie widywałam. Nawet tej namiastki bliskości, jaką było mijanie się na korytarzu szkolnym kilka razy dziennie, zaczęło mi brakować; bolało mnie to jeszcze bardziej, gdy wracałam wspomnieniami do poprzednich, spędzonych wspólnie świąt. Co prawda ukradkiem wymieniłam z nim w wolnym czasie kilka wiadomości tekstowych, jednak to było dla mnie za mało. Chociaż nie miałam wpływu na to, jak często będziemy spotykać się w dniach wolnych od szkoły, bo nie powinniśmy robić tego wcale, mogłam zwiększyć ilość naszych spotkań w dniach roboczych. Właśnie dlatego w pierwszym dniu szkolnym w nowym roku kalendarzowym, który zaczynaliśmy dwiema godzinami historii, po drugiej ze wspólnych lekcji podeszłam do historyka i zagaiłam:
– Panie profesorze... mam do pana pytanie.
– Tak, Zuzo?
– Wiem, że od początku roku szkolnego minęło już trochę czasu i może być to problem, ale... chciałabym zapisać się na kółko historyczne.
– Ależ to żaden problem – odparł. – Będzie mi bardzo miło, jeśli będziesz przychodzić. Mamy spotkanie dzisiaj na siódmej godzinie lekcyjnej i właśnie o tej porze spotykamy się co poniedziałek. Pasuje ci to czy masz w tym czasie inne zajęcia?
– Pasuje.
– W takim razie do zobaczenia później.
Na zakończenie rozmowy uśmiechnął się do mnie ciepło. Żałowałam, że nie możemy pozwolić sobie na coś więcej, że nie mogę podejść i go pocałować, by nikt nas na tym pocałunku nie przyłapał, z drugiej jednak strony dzięki temu brakowi przyzwolenia na „coś więcej” zaczęłam doceniać siłę drobnych gestów, takich jak chociażby uśmiechy.
Po wyjściu z sali wpadłam na Sarę i Iwonę; tej drugiej – zdaje się – niemalże przyłożyłam drzwiami w twarz. Próbowały zachowywać się naturalnie, ale i tak ich obecność w tamtym miejscu wydała mi się podejrzana.
– A wy co tu robicie? – zapytałam. – Teraz mamy mieć polski, a sala jest piętro wyżej, jeżeli dobrze pamiętam.
– My tylko tutaj rozmawiałyśmy, zasiedziałyśmy się po lekcji – próbowała wytłumaczyć się Iwona.
– No dobra, tak na serio to podsłuchiwaliśmy – przyznała się Sara.
– Ej, dlaczego się wygadałeś? – warknęła Iwona.
– Mnie bardziej zastanawia, dlaczego podsłuchiwałyście.
– Wiesz, może to głupie, ale od jakiegoś czasu miałyśmy wrażenie, że coś cię łączy z Białkiem – wyjaśniła Sara w drodze do sali polonistycznej. – On się tak zawsze do ciebie uśmiecha na korytarzu, jak do nikogo innego, ty potrafisz kończyć jego myśli na lekcjach, wiesz, o co pyta, nawet jeśli wyraża się niedokładnie. No i... wiem, że to może głupio zabrzmi, ale on jest chyba w twoim typie? Mam na myśli to, że, jeżeli dobrze zrozumiałam, byłaś w związku ze sporo starszym mężczyzną, a nie da się ukryć, że Białek nie jest już taki młody. Pomyślałyśmy, że zostałaś w klasie, żeby z nim poflirtować czy coś.
Nie miałam pojęcia, jak zareagować. Faktycznie staliśmy się odważniejsi w naszej sekretnej relacji, miałam też świadomość, że po kilku miesiącach intensywnego związku bardzo dobrze poznałam sposób bycia Henryka, przez co potrafiłam nawet dokańczać jego zdania, jednak nie sądziłam, że jest to aż tak widoczne dla osób postronnych.
– Tak, byłam kiedyś w związku ze starszym facetem – powiedziałam najspokojniej, jak potrafiłam – ale to nie znaczy, że polecę na każdego w wieku mojego ojca. Lubię Białka, bo jest spoko nauczycielem, zdarza mi się rozumieć, o co pyta na lekcjach, bo jednak trochę wiem z historii. A o te uśmiechy to już musiałybyście jego zapytać, bo sama nie rozumiem, co on do mnie ma poza lekcjami – skłamałam.
– No to po co zostałaś w klasie? – wtrąciła się z pytaniem Iwona.
– Zapisywałam się na kółko historyczne.
– To ty potrzebujesz kółka historycznego? Skoro tyle wiesz z historii...
Odniosłam wrażenie, że jej ostatnia uwaga celowo była ironiczna, ale sama byłam wobec niej i Sary niespecjalnie miła i w dodatku nieszczera, więc jej reakcja była zrozumiała.
– Jest różnica między potrzebowaniem a chceniem. Ja chcę tam chodzić. Poza tym powiedziałam, że z historii wiem trochę, pewnie jest dużo rzeczy, których jeszcze mogę się dowiedzieć i to jest dobra okazja do tego.
Wzruszyły ramionami, wymieniając spojrzenia. Dotarłyśmy pod salę polonistyczną, gdzie dołączyłam do Dagmary. Zapytała tylko, czy udało mi się bez problemów zapisać na kółko. Chociaż prawdopodobnie nie zrobiłaby tego nigdy, co doceniałam, po rozmowie z koleżankami tym bardziej ucieszyłam się, że – nawet półżartem – nie skomentowała w żaden sposób tego, że zostałam sam na sam z Henrykiem. Doskonale wiedziała o szczegółach mojego związku z korepetytorem, tak jak o tym, co działo się ze mną po tym, co ona widziała jako jego definitywne zakończenie, nie wiedziała jednak, z kim dokładnie wtedy się spotykałam, a nawet jeśli się domyślała, w żaden sposób do tego nie nawiązywała, za co byłam jej niezmiernie wdzięczna.
Właściwie nie mogłam mieć za złe Iwonie i Sarze ich dociekliwości, jednak fakt, że moja relacja z Henrykiem tak rzuca się w oczy, nie dawał mi spokoju. Przez moment przeszedł mi przez myśl pomysł, by zrezygnować z kółka historycznego, zanim dobrze zaczęłam na nie uczęszczać, by nie budzić kolejnych podejrzeń moim ewentualnym zachowaniem tam, tak jak moją aktywnością na lekcjach. Musiałam dobrze się zastanowić, by stwierdzić, że to dopiero byłoby podejrzane. Ostatecznie z niczego się nie wycofałam, ale nie opuścił mnie niepokój. A co, jeżeli przekroczymy granicę i cała sprawa się wyda? Skoro już teraz można było dostrzec uczucie, jakie było między nami... Oboje mielibyśmy problemy, a tych i tak już nie brakowało w ostatnich miesiącach.
Po raz kolejny wpadłam w swego rodzaju letarg. Nie opuściłam do końca dnia żadnej lekcji z kółkiem historycznym włącznie, również we wtorek normalnie pojawiłam się w szkole, jednak nie miałam pojęcia, co dzieje się wokół mnie. Rozbudziła mnie dopiero rozgrzewka na wuefie oraz późniejsze ogłoszenie Lewandowskiego:
– I jak, rozruszaliście już swoje stare kości? Dobra, no to dzielimy się na cztery drużyny i gramy w kosza.
Po sali przeszedł jęk rozpaczy. Sama nie zareagowałam; w ogóle nie przepadałam za grami zespołowymi, ale kiedy przychodziło do wybierania, sto razy bardziej wolałam już tę nieszczęsną koszykówkę od siatkówki.
– No, dzieci, nie marudzić! Jeżeli ma was to zmotywować, to powiem, że dzisiaj jest o co grać, będę was obserwować i najlepszy gracz zostanie nagrodzony.
– Ale czym? Oceną? – odezwał się ktoś.
– To na razie tajemnica!
Zaczęliśmy dzielić się na drużyny. Posłusznie stanęłam z boku, by zaczekać, aż zostanę wybrana. Trafiłam do jednej z dwóch grup, które rozgrywały pierwszy mecz. Robiłam wszystko, by unikać piłki i aktywnej gry, lecz – jak na złość – co chwilę byłam włączana do rozgrywki. Poskutkowało to tym, że na koniec lekcji właśnie mnie nauczyciel przywołał do siebie. Kończył się jeszcze ostatni mecz, więc rozmowa – ku mojemu zadowoleniu – miała raczej prywatny charakter.
– Bardzo dobrze grasz w koszykówkę, a przynajmniej dzisiaj bardzo dobrze ci szło – przyznał. – Trenowałaś może kiedyś? Byłaś w szkolnej drużynie czy coś takiego?
– Nie, nigdy – odparłam.
– A chciałabyś?
– Chyba nie rozumiem...
– Przyznaję, że troszeczkę was okłamałem na początku, bo dzisiejsza nagroda jest skierowana tylko do dziewczyn, a jest nią właśnie włączenie do szkolnej drużyny koszykówki. W przyszłym miesiącu zaczynają się międzyszkolne rozgrywki dziewcząt, a jedna z zawodniczek złamała nogę w święta i nie może trenować. Szukałem kogoś na jej miejsce i wydaje mi się, że właśnie znalazłem. To jak, chciałabyś?
– Bardzo dziękuję, profesorze, za docenienie, ale nie wiem, czy znajdę na to czas. Mimo wszystko mamy trochę nauki, a jeszcze wczoraj dołączyłam do kółka historycznego i...
– Nie martw się tym. Słyszałem, że całkiem dobrze radzisz sobie z nauką, nawet w trudnych chwilach, więc wiem, że teraz taż dasz sobie radę. Organizacja czasu to nie powinien być problem, mam w drużynie dwie dziewczyny, które, tak jak ty, są równocześnie w kółku historycznym i drużynie koszykówki, ze względu na nie ułożyłem już treningi tak, by nie kolidowały z zajęciami profesora Białka. To co, dołączysz do drużyny?
Westchnęłam krótko. Lewandowski wytrącił mi z ręki wszystkie argumenty, o których pomyślałam.
– Chyba nie mam wyboru...
– W takim razie witam na pokładzie i zapraszam na jutrzejszy trening. Spotykamy się tutaj, na sali gimnastycznej, o piętnastej.
Jeszcze przed dzwonkiem wuefista ogłosił swoją decyzję całej klasie. Speszyłam się, kiedy wszyscy zaczęli mi gratulować. Chociaż byłam już w dużym stopniu przyzwyczajona, że w nowej szkole ludzie nie są do mnie źle nastawieni, mimo wszystko spodziewałam się raczej spojrzeń pełnych wściekłości lub zazdrosnych westchnień, tak jak na przykład wtedy, kiedy z pierwszej w starym liceum kartkówki z historii dostałam o wiele lepszą ocenę niż inni. Tymczasem nawet w tej chwili wszyscy wydawali się być mi życzliwi.
– No, no, szalejesz – powiedziała mi Dagmara w szatni, kiedy przebierałyśmy się ze sportowych ubrań w codzienne. – Jeszcze niedawno w ogóle się nie udzielałaś, a teraz? Najpierw kółko historyczne, teraz koszykówka...
– Cóż... przyszedł styczeń, a to pora na zmiany. Nowy rok, nowa ja – stwierdziłam w odpowiedzi.
– Nie wiedziałam, że wierzysz w takie hasła.
– Tak właściwie, to do teraz sama o tym nie wiedziałam. Pomyślałam o tym przed chwilą.
– Hej, Zuza! – wtrąciła się do naszej rozmowy Marysia. – Gdzie nauczyłaś się tak grać w kosza? Wymiatałaś dzisiaj na boisku, nie dziwię się, że Lewandowski chce ciebie w drużynie.
Wzruszyłam ramionami.
– W szkole? – odparłam niepewnie. – W sumie grywałam tylko na lekcjach wuefu.
– Naprawdę nie miałaś zajęć dodatkowych? Drużyna w poprzednich szkołach albo coś poza szkołą?
– Naprawdę. W dodatku przed przyjściem tutaj miałam kilka miesięcy przerwy od ćwiczenia w ogóle, więc...
Koleżanka przyjrzała mi się badawczo. Poczułam się nieswojo, tym bardziej, że wcześniej nie zamieniłyśmy ze sobą ani słowa, a tu nagle taka rozmowa.
– Nie widać po tobie – przyznała w końcu. – Nigdy nie było widać. Zgrabnie wyglądasz, tylko pozazdrościć. Nic dziwnego, że ludzie się za tobą oglądają.
– A oglądają się? – palnęłam.
Mogłam powstrzymać swoje słowa, jednak byłam zbyt zdziwiona opinią dziewczyny. Od czasu poronienia byłam przekonana, że źle wyglądam, a nawet jeśli nie było najgorzej, na pewno nie opisałabym siebie jako zgrabnej.
– Oczywiście! Połowa chłopców z klasy zwariowała na twoim punkcie. W szkole też o tobie mówią, ale tylko w pozytywnym sensie, a przynajmniej ja tak słyszałam.
– Bzdury – prychnęłam.
– Żadne bzdury! – poparła Marysię Monika. – Naprawdę jesteś na językach. Zwłaszcza Olek od nas z klasy strasznie się zafiksował. Pamiętasz ognisko z początku roku szkolnego? Zaraz po twoim wyjściu zaczął mówić o tobie i nie mógł przestać, tak mu wpadłaś w oko.
Uśmiechnęłam się lekko, był to jednak raczej uśmiech pełen goryczy. Jak bardzo musiało się różnić moje i Olka postrzeganie tamtego dnia... On – jak wynikało z opowieści – wspominał go jako dzień, kiedy spotkał najpiękniejszą dziewczynę świata, podczas gdy ja pamiętałam tylko, jak rozżalona i wściekła na cały świat wtedy byłam.
– Tak na marginesie, uważam, że powinnaś dać mu szansę – dodała Sara. – On ciebie nie zapyta wprost o chodzenie, przynajmniej nie na razie, ale może otwórz się bardziej na niego, zachęć go jakoś? Byłaby z was fajna para.
Nagle w mojej głowie pojawiło się mgliste wspomnienie. Parę miesięcy wcześniej, kiedy znajomi ze starego liceum zaczęli o mnie plotkować, zastanawiali się również, kim mógł być mój partner, człowiek, który miał być ojcem mojego dziecka. Ktoś powiedział wtedy: tak w sumie to mógł być ktokolwiek, Zuza niby jest kujonką, ale jest ładna. Chociaż i tak stawiam na jakiegoś napalonego starucha. Czy dało się mnie lepiej opisać? Wszystkim wydawało się, że mogłam mieć każdego, ale ja i tak wybrałam Henryka, sporo starszego ode mnie, czego nie dało się ukryć, oraz który prawdopodobnie nie zagadałby do mnie, gdyby nie jego problemy natury seksualnej, do których sam mi się przyznał. Zarzuciłam torbę przez ramię i wyszłam z szatni, mówiąc przy tym:
– Nie sądzę, żeby to się udało, raczej nie jestem go warta.
Dagmara wybiegła za mną. Kierowałam się w stronę łazienki, jednak przyjaciółka zatrzymała mnie w połowie drogi.
– Ej, kto ci wmówił, że nie jesteś warta Olka? – zapytała. – Nie chcę ci niczego narzucać, ale znam was oboje od jakiegoś czasu i też uważam, że byłoby wam dobrze razem.
– Znajomi – odparłam.
– Jacy znajomi? Ci z poprzedniej szkoły?
Potaknęłam, co Daga skwitowała śmiechem.
– I ty nadal w to wierzysz? Przecież wiesz, że to idioci.
– Ale mieli rację! – odpowiedziałam cicho. – Jak dowiedzieli się o ciąży, to stwierdzili, że musiałam przespać się z jakimś napalonym staruchem, a obie wiemy, że to prawda.
– Zuza, jaka ty głupia jesteś! Przecież to, że twój pierwszy partner był sporo starszy od ciebie, nie znaczy, że nie masz prawa umówić się z kimś w twoim wieku. Jeden epizod nie może wpłynąć na całe twoje życie uczuciowe!
– Nie może? A jak to jest z tobą? Dlaczego z nikim się nie spotykasz? Może dlatego, że byłaś dziwką, hm?
Ta riposta zszokowała Dagmarę do tego stopnia, że – zwykle wyszczekana – nie potrafiła wykrztusić słowa. Mnie samą zdziwiła moja odpowiedź – nigdy nie chciałam używać faktu, że moja przyjaciółka była kiedyś damą do towarzystwa, jako argumentu w kłótni i nie spodziewałam się, że padnie z moich ust nawet w największych emocjach.
Niezręczną ciszę przerwał dzwonek na lekcję. Bez słowa rozdzieliłyśmy się – Daga weszła do łazienki, a ja podeszłam pod salę geograficzną, gdzie odbywały się zajęcia uzupełniające z przyrody, w których jako klasa humanistyczna musieliśmy uczestniczyć. Wicedyrektorka, która prowadziła wtorkowe zajęcia, wpuściła nas do środka. Kiedy wszyscy już usiedli w swoich ławkach, rozejrzała się po klasie i zapytała:
– Gdzie podziała się Dagmara? Chyba tylko jej nie widzę... Była na poprzedniej lekcji?
– Była, tylko poszła jeszcze do łazienki – wyjaśniłam. – Pewnie zaraz przyjdzie.
Profesor Jankowska przeszła do tematu lekcji, postanawiając, że zaczeka ze sprawdzaniem obecności do przyjścia Dagmary, która po chwili faktycznie pojawiła się w sali. Ulżyło mi odrobinę, kiedy dostrzegłam, że nie płakała, ale tak roztrzęsionej dawno jej nie widziałam. Bez słowa zajęła swoje stałe miejsce. Wyjęła długopis i zeszyt, z którego wyrwała kartkę. Na jej szczycie napisała wiadomość do mnie:
Nie musiałaś tego mówić, wiesz?
Wiem. Przepraszam. Po prostu trochę się zdenerwowałam.
Nic cię nie usprawiedliwia.
Nawet to, że wszyscy się wtrącają w moje życie uczuciowe? Ciebie jakoś nikt się nie czepia, a ja naprawdę nie widzę różnicy między twoją samotnością a moją.
Różnica jest taka, że ty przez swoją miałaś depresję. Uważam, że związek by ci pomógł.
Depresję miałam po poronieniu.
Mów sobie tak.
– Dziewczynki, czy wy możecie się skupić na lekcji, zamiast na sobie? – odezwała się nauczycielka, podchodząc bliżej naszej ławki.
– Ale przecież nie rozmawiamy – odpowiedziała Dagmara.
– Nie rozmawiacie na głos, i szanuję to, że staracie się nie przeszkadzać klasie, ale chciałabym, żebyście okazały trochę szacunku również mnie i przynajmniej udawały, że słuchacie.
– Dobrze, pani profesor.
Nie rozmawiałyśmy już do końca lekcji. Sądziłam, że nasza dyskusja jest już zakończona, jednak na kolejnej przerwie Dagmara zaciągnęła mnie do łazienki, gdzie – po upewnieniu się, że byłyśmy same – powiedziała:
– Zuza, nie łudź się. Nie wierzę, że od samego poronienia można mieć aż takiego doła, jak ty miałaś. Zresztą, chyba dalej go masz.
– Nie mam – odpowiedziałam. – No, może trochę.
– Może jednak spróbuj się z kimś związać, co? Po tym, jak ten twój korepetytor cię zostawił, to może ci tylko pomóc. Chyba, że ty się dalej łudzisz, że on do ciebie wróci.
Nie miałam pojęcia, co powiedzieć. W końcu nie musiałam się już więcej łudzić, ja po prostu wiedziałam, że Henryk był gotów do mnie wrócić, jeśli tylko ja bym tego chciała, najpierw musiałam tylko skończyć szkołę. Nie mogłam jednak jej o tym powiedzieć – dopytywałaby wtedy, jak dawno odnowiłam kontakt z korepetytorem (bo oczywiście nie przyznałabym się, że był naszym nauczycielem), co dokładnie mi powiedział...
Przyjaciółka odebrała moje milczenie jako potwierdzenie.
– Tak myślałam... – westchnęła. – Spróbuj umówić się z Olkiem. Na kawę. Chociaż raz.
– Nie chcę. Poza tym, czy to nie ty mu kiedyś powiedziałaś, że i tak się z nim nie umówię? To było bodajże na tym ognisku.
– Rany, może i powiedziałam, ale to był przecież tylko żart! Naprawdę uważam, że powinnaś dać mu szansę.
– Nie mam zamiaru – prychnęłam.
– Spoko, w takim razie zagadam do niego w twoim imieniu.
– Ani mi się waż!
Zanim skończyłam mówić, wybiegła z łazienki. Goniłam ją przez całą szkołę, krzycząc:
– Zaczekaj! Nie rozmawiaj z nim! Dagmara, ja się muszę zastanowić!
Na zakręcie przy pokoju nauczycielskim napotkałyśmy – o ironio – Henryka. Daga wyminęła go zwinnie i pobiegła dalej, nawet się nie zatrzymując; ja natomiast nie wyrobiłam się i wpadłam na niego z impetem, przez co dziennik i kilka książek wypadły mu z rąk.
– Ej, uważaj trochę! – powiedział ostro.
– Przepraszam, panie profesorze – odparłam, kucając, by pomóc mu ze zbieraniem książek.
– Ach, to ty. Słyszałem, że coraz lepiej radzisz sobie na wuefie, ale korytarz to chyba nie jest najlepsze miejsce do treningów, co?
– Bardzo śmieszne – mruknęłam.
– Gdzie się tak spieszysz? – zapytał.
– Próbowałam powstrzymać przyjaciółkę przed umówieniem mnie na randkę z kolegą z klasy, na którą nie chcę iść.
Rozejrzał się na boki. Przy pokoju nauczycielskim akurat nikt się nie kręcił, co pozwoliło mu swobodnie powiedzieć:
– Posłuchaj, jeżeli nie chcesz iść ze względu na mnie, to przypominam ci, że nie musisz czuć się zobowiązana. Daj koledze szansę, a jeżeli będziesz źle się czuła na spotkaniu, to nikt nie może zmuszać cię do kolejnych.
– Jasne. – Rozmowę przerwał nam dzwonek na lekcję, więc dodałam tylko: – Dziękuję za radę.
Uśmiechnął się do mnie i zniknął w pokoju nauczycielskim, a ja udałam się w stronę klasy. Szłam powoli, pozwalając wychowawczyni, by mnie dogoniła. Nie chciałam zostawać sam na sam z Dagmarą, Olkiem i resztą znajomych.
– Zuza, a ty nie pod salą? – usłyszałam.
– Tak się złożyło – odpowiedziałam, zerkając na panią Tymbark. – Byłam jeszcze w łazience.
Skinęła głową na znak, że przyjmuje moje wyjaśnienie.
Gdy wchodziliśmy do sali, poczułam, jak czyjaś dłoń wsuwa się do kieszeni mojego swetra. Rozejrzałam się w popłochu – to Olek szedł tuż obok mnie. Mrugnął do mnie porozumiewawczo i udał się w stronę swojej ławki. Kiedy już usiadłam na miejscu, sięgnęłam do kieszeni, z której wyjęłam skrawek papieru z zapisanym na nim jednym zdaniem.
Umówisz się ze mną?
– Dagmara, ja cię zabiję! Mówiłam ci, żebyś z nim o tym nie rozmawiała! – wysyczałam.
– Trzeba było nie wyzywać mnie od dziwek. Teraz cierp.
– Tak się mścisz? Zmuszając mnie do randek? Chciałabym ci przypomnieć, że to ty nalegałaś, żebym spróbowała poderwać mojego korepetytora, i jakoś nic dobrego z tego nie wyszło.
– Po pierwsze, same korepetycje były twoim pomysłem. Po drugie, znam Olka tylko kilka dni krócej niż ciebie i wiem, że cię nie zrani, nieważne, co się między wami wydarzy. Po trzecie, to nie randka, tylko koleżeńskie spotkanie!
– A słyszałaś kiedyś, żeby ktoś pytał o koleżeńskie spotkanie hasłem „umówisz się ze mną”? No przecież jak to brzmi!
– Dziewczyny! – rzuciła w naszą stronę nauczycielka. – Ja wiem, że macie swoje sprawy, ale jestem pewna, że mogą zaczekać do przerwy. Nie przeszkadzajcie, okej?
– Okej, już będziemy cicho – zapewniła Dagmara.
Po tych słowach faktycznie zamilkła, jednak nie omieszkała rzucić mi jeszcze przeciągłego wymownego spojrzenia. Z westchnieniem sięgnęłam po długopis.
Tak. Na przerwie dogadamy szczegóły.
Podałam kartkę Dadze, ona z zadowoleniem podała ją dalej. Olek, kiedy odczytał już moją wiadomość, odwrócił się w moją stronę i uśmiechnął się promiennie. Udało mi się odpowiedzieć tym samym. Gdybym tylko mogła być chociaż w połowie tak zadowolona jak on... oraz pewna, że nie popełniam błędu, dając mu szansę...


* * *
Przeczytałam ostatnio, że wena to bzdura oraz tworzenie jest raczej kwestią praktyki, pisania nieważne co, nawet jeżeli się czuje, że brakuje natchnienia. Może jest w tym trochę racji, muszę jednak przyznać, że sama w wenę wierzę i wydaje się, że moja wróciła właśnie z urlopu, bo bardzo dobrze mi się ostatnio pisało.
A może to kwestia tego, że byłam w weekend w Krakowie, w teatrze? To nie pierwszy raz w ostatnim czasie, o czym w sumie już wiecie, ale bardzo podoba mi się to miasto, można powiedzieć, że mnie inspiruje.
Tak czy inaczej, mam wrażenie graniczące z pewnością, że dzięki szeroko pojętym okolicznościom przyrody jestem w stanie wrócić do publikowania co dwa tygodnie. A, i od dziś daty publikacji będę raczej aktualizować tylko w bocznej kolumnie, jak za starych dobrych czasów, żeby nie stwierdzać tego samego w każdym poście.
Cóż, mam nadzieję, że umiliłam Wam trochę ten letni czas. Do przeczytania! :)
Netka Sidereum Graphics